Zacisnąłem mocniej dłoń na papierze.
Edwin wyjaśnił, że pozostawienie ich pod opieką mnie – kogoś stałego i stabilnego – wydawało się jedynym sposobem, aby dać im prawdziwą szansę na normalne życie.
Uważał, że pozostanie tam wciągnie ich w coś niestabilnego, więc odszedł, myśląc, że to ich ochroni.
Powoli wypuściłem powietrze. Jego słowa nie ułatwiły mi zadania, ale sprawiły, że wszystko stało się jaśniejsze.
Czytałem dalej.
„Wiem, jak to wygląda i co musiałeś dźwigać przeze mnie. Nie ma takiej wersji, w której wyszedłbym na prostą”.
Po raz pierwszy odkąd przyjechał, usłyszałem jego głos, cichy, niemal szepczący.
„Miałem na myśli wszystko, co tam było.”
Nie patrzyłem na niego.
Przewróciłem stronę.
Do listu dołączono więcej dokumentów — oficjalnych.
Przejrzałem je, a potem się zatrzymałem. Na każdej stronie widniały aktualne daty oraz odniesienia do kont, nieruchomości i sald. Trzy słowa rzuciły mi się w oczy:
Oczyszczone.
Zasiedlone.
Odzyskane.
Spojrzałem na niego. „Co to jest?”
„Naprawiłem to.”
Spojrzałam na niego. „Całość?”
Skinął głową. „Ale trochę mi to zajęło”.
To było mało powiedziane.
Spojrzałem na ostatnią stronę.
Trzy imiona.
Dziewczyny.
Wszystko zostało im przeniesione — czysto, bez żadnych powiązań z przeszłością.
Powoli złożyłem papiery i stanąłem przed nim.
„Nie możesz mi tego wręczyć i myśleć, że to rekompensuje prawie dwie dekady”.
„Nie sądzę” – powiedział Edwin.
Nie sprzeciwiał się. Nie bronił się.
I jakoś to jeszcze pogorszyło sprawę.
Zszedłem z ganku i odszedłem kilka kroków, bo potrzebowałem przestrzeni.
On nie poszedł za mną.
Potem się odwróciłem.
„Dlaczego mi nie zaufałeś, żebym stanął przy tobie? Żeby ci pomógł?”
Pytanie zawisło między nami.