Część 1: Czerwona Teczka, z której się wyśmiewali
Śmiali się w momencie, gdy położyłam czerwoną teczkę na wypolerowanym dębowym stole.

To był ostry, pogardliwy śmiech – taki, którego ludzie używają, gdy są przekonani, że już wygrali. Mój ojciec odchylił się w fotelu, ramiona skrzyżowane, pewny siebie i zrelaksowany.
Moja matka zasłoniła usta, udając grzeczność, ale jej oczy błyszczały rozbawieniem.
„Cóż,” powiedziała, przechylając głowę, „to powinno być zabawne.”
Siedzieliśmy w prywatnej sali konferencyjnej w Harris & Bloom Law Offices na odczycie testamentu mojej babci Eleanor Wright.
Moi rodzice siedzieli blisko siebie, pewni siebie i ubrani na czarno jak szanowani spadkobiercy.
Ja siedziałam sama, prosto, dłonie spokojnie spoczywały na czerwonej teczce, którą uważali za tak zabawną.
Myśleli, że przyszłam błagać.
Przez lata mówili wszystkim, że jestem nieodpowiedzialna, dramatyczna, niewdzięczna.
Gdy zdrowie babci pogorszyło się, dopilnowali, żebym była trzymana na dystans – ograniczone wizyty, nieodebrane telefony, wymówki piętrzące się jedna na drugiej.
Kiedy odeszła, nie zdziwiło mnie, że zakładali, że zostałam wykluczona.
Prawnik, pan Douglas Harris, rozpoczął odczyt testamentu. Nieruchomości. Konta. Sztuka. Akcje.
Wszystko trafiało do moich rodziców.
Uśmiechali się coraz szerzej z każdym zdaniem.
W końcu ojciec spojrzał ponownie na moją teczkę. „To wszystko?” – zapytał. „List? Skarga?”
Nie odpowiedziałam.
Pan Harris odchrząknął. „Zanim zakończymy,” powiedział, „pani Wright poleciła mi zapytać, czy ktoś obecny przyniósł dodatkowe dokumenty.”
Przesunęłam czerwoną teczkę po stole. W chwili, gdy jego palce jej dotknęły, jego twarz się zmieniła.
Otworzył ją. Jego oczy przebiegały po pierwszej stronie. Potem po drugiej. Kolor opuścił jego twarz.
„Skąd masz tę pieczęć?” – zapytał cicho.